Wspomnienia z Wojnicza

Stanisław Bykiewicz (Gdynia)

Wspomnienia z Wojnicza – 60 lecie powstania LKS Olimpia Wojnicz 

8

Do napisania tych wspomnień zainspirowały mnie dwa wydarzenia:
1.Spotkał mnie wielki zaszczyt, bowiem otrzymałem zaproszenie na uroczystość obchodów 60-lecia powstania klubu piłkarskiego LKS „Olimpia” Wojnicz, którego byłem jednym z pierwszych zawodników, oraz jednym z pierwszych założycieli. Z otrzymanego zaproszenia byłbym skorzystał z wielką przyjemnością, ale Organizatorzy zapomnieli, że poczta u nas chodzi jak za króla Ćwieczka i zaproszenie dotarło dwa dni po uroczystościach, ale mimo to dziękuje za pamięć.


 
2.Przeglądając album ze starymi fotografiami, natrafiłem na historyczne zdjęcie z lat 1947 – 1948. Jest to pierwsza fotografia drużyny po jej skompletowaniu oraz wyposażeniu w sprzęt. Zdjęcie wykonał pan Stanisław Rabiasz przed meczem pomiędzy LZS „Olimpia” Wojnicz a LZS Mikołajowie z roku 1947.


Trochę historii:
Zaraz po wojnie zainteresowanie młodzieży sportem było bardzo duże. Nikt nikogo nie musiał namawiać do uprawiania sportu, samoistnie powstawały drużyny piłki nożnej, siatkówki, ping- ponga itd. A ambicją każdej miejscowości było mieć boisko piłkarskie i własną drużynę.
Najprostszym sposobem było zdobyć kawałek łąki lub błonia, wyznaczyć granice boiska, postawić bramki i już można było trenować oraz rozgrywać mecze. Wydawało się, że to było bardzo proste, ale to trochę nie tak wyglądało w Wojniczu. Na błoniach pasły się krowy, bowiem były one bardzo cennym terenem dla wypasu bydła. Jedynym miejscem do trenowania i gry było niewymiarowe boisko na terenie Technikum Rolniczego. Po wielkich staraniach dostaliśmy zezwolenie na wejście na teren technikum i tam trenowania. Natomiast w innych miejscach wyznaczało się bramki, przy pomocy jakichś przedmiotów np. kamieni czy części garderoby, no i można było kopać.
Największym problemem było zdobycie prawdziwej piłki. Grało się tym, co było pod ręką np. nadmuchanym i wysuszonym pęcherzem bydlęcym, dziecięcym balonem gumowym, piłką do siatkówki i tym podobne. A jak już dopadliśmy prawdziwą „futbolówkę”, to była to pełnia szczęścia, nie mówiąc o strojach piłkarskich jak: buty, ochraniacze, skarpety, spodenki, koszulki klubowe – to były nasze marzenia.
Grało się na bosaka lub w trampkach. Nawet na załączonym zdjęciu widać, jak jesteśmy ubrani. Prawdopodobnie buty piłkarskie mieliśmy nie wszyscy, tylko co drugi z zawodników. Bramkarz jest ubrany w wiatrówkę, a na nogach ma trampki i co drugi jest w trampkach lub butach zrobionych samodzielnie.
Prawdziwa piłka była tak cennym nabytkiem, a zarazem dobytkiem, że w rozmowach wstępnych przed meczem, ważnym punktem było ustalenie, czyją piłką gramy. Ileż było problemów z dziurawymi, a później klejonymi dętkami, napełniane były powietrzem z pompki rowerowej, jeżeli takiej nie było, to pozostawały silne płuca jednego z zawodników. Natomiast jeżeli piłka pękła w szwie, bo dratwa się przetarła lub powietrze uszło to mecz trzeba było przerwać, nie było czym grać!
Takie to były początki naszego grania. Pierwszym działaczem z prawdziwego zdarzenia , który zajął się nami i zebrał starszych oraz młodszych zawodników oraz zorganizował drużynę piłkarską, był Pan Władysław Setlak.
Pierwszy prawdziwy mecz rozegrano pomiędzy drużyną Wojnicz jeszcze bez nazwy, a Mikołajowicami. Było to latem 1946r., Mikołajowice miały już boisko pełnowymiarowe z prawdziwymi bramkami oraz dobrze wyszkoloną i zorganizowaną drużynę piłkarską. Wówczas w Wojniczu jeszcze boiska nie było, zawodnicy byli trochę przypadkowi i mało zgrani, ale chęci były i zaczęli się wyłaniać piłkarze z prawdziwego zdarzenia. Mecz zaczął się uroczyście, w pełnej oprawie i od początku Mikołajowie uzyskały przygniatającą przewagę, strzelając nam kilka bramek do przerwy. Mikołajowice grały jak z nut. W czasie przerwy przeszedł z ataku na bramkę pan Marian Klimczyk, a do ataku na lewe skrzydło wszedł mieszkaniec Wielkiej Wsi, nazwisko Pomykacz, imienia nie pamiętam, który był zawodnikiem „Metalu” Tarnów- grał doskonale. Może dzisiaj wydawać się śmieszne, ale grał na bosaka, tylko lewą nogę owinął sobie bandażem. Natomiast pan Marian Klimczyk okazał się wspaniałym bramkarzem, który przed wojną był zawodnikiem „Olsza” Kraków. Te dwie zmiany zmniejszyły dotkliwą porażkę Wojnicza. Później, dłuższy czas (około roku) nie graliśmy z Mikołajowicami, byli od nas dużo lepsi. Po tej klęsce zaczęliśmy intensywnie trenować, na małym niewymiarowym boisku w Technikum Rolniczym. Wprawdzie postawiono bramki ale meczy nie można było rozgrywać ze względu na wymiary boiska. Po intensywnych treningach, my małolaty, zaczęliśmy wchodzić w skład dorosłej drużyny – byli to 15-16 chłopcy: Lutek Migoń, Franek Bochenek „Dzidek”, Tadek Makowski, Franek Radwański, Rysiek Czernik, Józek Karaś, Tadek Kasperek, Jarosz (imienia nie pamiętam), Leszek Jaworski i moja skromna osoba oraz wielu chłopaków, którzy w pamięci się zatarli.
Starsi zawodnicy, którzy rozegrali z nami kilka lub kilkanaście spotkań, przestali się z nami bawić ze względu na brak czasu i pracę zawodową. Byli to zacni wojniczanie, którzy grali w piłkę jeszcze przed wojną w drużynie w Wojniczu. Pan doktor Leszek Łowczowski grał kilka spotkań na środku ataku, pan Franciszek Paluchowski – sekretarz w Gminie, Staszek Paluchowski, który później wyjechał do USA, Franciszek Karaś („Ungar”), który przed wojną mieszkał na Węgrzech i tam grał w piłkę, pan Rudolf Brzuchacz, grał kilka meczy na prawej obronie ze mną, ale ja byłem na lewej obronie. Zmienił go Leszek Jaworski.
Wreszcie pan Setlak z działaczami wywalczyli teren pod boisko piłkarskie, tak żeby nie przeszkadzać w pasieniu krów. Otrzymaliśmy teren na Błoniach pod Dębiną Zakrzowską, wzdłuż rowu odwadniającego teren, częściowo depresyjny. Po deszczach zawsze z jednej strony stała woda. Na co dzień pasły się krowy, a przed meczem trzeba było rozgarniać kretowiska i sprzątać krowie „placki”, żeby w trakcie spotkania któryś z zawodników nie wpadł w „poślizg”, lub nie daj Boże, dostał w głowę lub w twarz, piłką umoczoną w krowim łajnie. My jednak byliśmy bardzo szczęśliwi, bo mieliśmy boisko, działacze załatwili drzewo, postawiliśmy bramki, oznaczyliśmy wapnem teren boiska i mogliśmy rozgrywać spotkania na pełnowymiarowym boisku, a to, że nie było szatni, trybun i siatek w bramkach, zupełnie nam nie przeszkadzało.
Już wszystkie warunki mieliśmy spełnione, żeby być pełnoprawną drużyną piłkarską, jednak nie mieliśmy nazwy. Naszym przywódcą w drużynie i takim dobrym duchem, był najstarszy wiekiem i doświadczeniem piłkarskim pan Marian Klimczyk. To on właśnie był głównym inspiratorem i autorem nazwania naszej drużyny „Olimpia”. Odbyło się to na spotkaniu po jednym treningu na Błoniach. Wszyscy się zgodzili i od tego czasu zaczęliśmy używać nazwy najpierw LZS „Olimpia”, teraz widać, że występuje pod nazwą LKS „Olimpia” Wojnicz i tak minęło 60 lat, aż nie chce się wierzyć.
Mecze rozgrywaliśmy towarzyskie z okolicznymi drużynami takimi jak; Radłów, Mikołajowie, Zakliczyn, Stróże koło Zakliczyna, Okocim. Zwykle spotkania rozgrywało się przy okazji jakichś uroczystości państwowych jak też lokalnych. Nagród żadnych nie przewidywano, jedynie była satysfakcja i uznanie kibiców, albo (i tak bywało) smutek po przegranej i krytyka zagorzałych fanów.
Działaczy mieliśmy oddanych, którzy poświęcali bezinteresownie swój bezcenny czas, wymienię tutaj choćby- pan Władysław Setlik jako pierwszy zajął się zorganizowaniem drużyny piłkarskiej, mój brat Kazimierz, który był zagorzałym kibicem, pan Karaś – imienia nie pamiętam, był ojcem Józka Karasia, dobrego zawodnika. Najbardziej jednak zaangażowanym prezesem , który przejął nas po panu Setliku był pan Stanisław Migoń. Człowiek ten poświęcił się dla nas bez reszty, był prawdziwym gospodarzem, szył nam koszulki i spodenki, nie biorąc za to wynagrodzenia, organizował wszystkie wyjazdy na spotkania do innych miejscowości. Organizował wszystkie mecze w Wojniczu, to on poniósł największe zasługi dla utrzymania klubu „Olimpia”. Panu Stanisławowi Migoniowi przysługuje największa cześć.
W latach 1948-1949 już mieliśmy dobrze wyszkoloną drużynę piłkarską i byliśmy znani w rejonie, i chętnie się z nami umawiali na mecze, nawet Mikołajowie się z nami liczyły, bośmy z nimi wygrali. W tym czasie dość silną drużynę miały Stróże koło Zakliczyna, ponieważ tam był pan Kłusek, były gracz „Garbarni” Kraków w okresie przedwojennym. Po przegranym u nas meczu, a wygranym przez nas, pan Kłusek zwrócił się do nas o wypożyczenie dwóch zawodników celem wzmocnienia ich drużyny, ponieważ oni mają zaplanowany dwudniowy turniej z drużynami: „Garbarni” Kraków, „Tarnowii”, Radłowa i Stróż. Prosili o bramkarza – Mariana Klimczyka i mnie. Ponieważ nie mieliśmy nic zaplanowanego na ten termin, więc obaj zgodziliśmy się.
Stróże przygotowały się do tych rozgrywek, miały wiosła nad Dunajcem, bardzo ładnie to wszystko zorganizowali. W pierwszym meczu grała „Garbarnia” z „Tarnovią” – wygrała „Garbarnia”, my graliśmy z Radłowem i my w składzie Stróż – wygraliśmy. W drugim dniu w finale graliśmy z „Garbarnią” – i przegraliśmy, „Tarnovia” wygrała z Radłowem. W nagrodę „Garbarnia” zaprosiła Stróże do Krakowa i graliśmy z ich rezerwami jako przedmecz przed derbami „Tarnovia” – „Garbarnia”.
Przytoczyłem tu jeden z epizodów jaki spotkał przedstawicieli „Olimpii”. Po jakimś czasie pan Marian zrezygnował z gry w bramce, zastąpił go Mietek Michałek, który też był dobrym bramkarzem.
Moja przygoda z piłką nożną w Wojniczu trwała od początku 1946r. do końca 1950r. w tym czasie uczęszczałem do Gimnazjum i Technikum Handlowego, w 1951r. zdałem maturę i egzaminy do Oficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej, w związku z czym przeniosłem się do Gdyni.
Przypominam sobie, że w tym czasie 1945 – 1951 najdłużej w „Olimpii” grali: Lutek Migoń, który był cały czas kapitanem drużyny, Franek Bochenek, Rysiek Czernik, Józek Karaś, – doskonały napastnik, Tadek Kasperek, Jarosz, Leszek Jaworski i ja Stanisław Bykiewicz. Reszta graczy grała mniej lub więcej, po kilka spotkań. Ja natomiast po przejściu do marynarki wojennej nie zapomniałem o „Olimpii” i grze w piłkę nożną. W szkole mieliśmy silną drużynę i występowaliśmy na różnych spartakiadach w kraju oraz rejsach szkoleniowych zagranicznych. Graliśmy w Murmańsku, Archangielsku, Sewastopolu, Rostocku, Warne Munde, we wszystkich polskich portach. Przygodę z piłką nożną zakończyłem już na stopniu oficerskim na Helu w 1956r. Grałem w piłkę amatorsko przez 10 lat. Dzięki uprawianiu tego sportu zyskałem tężyznę fizyczną, wytrzymałość i dyscyplinę, które później procentowały w pracy zawodowej, kiedy musiałem stać na mostku kapitańskim po dwie doby w czasie różnych zagrożeń na morzu, służąc w marynarce wojennej i handlowej. Pomimo podeszłego wieku, jeszcze dzisiaj przeskoczyłbym kilku młodzieńców.
Natomiast „Olimpii” Wojnicz życzę 100 lat !!!